Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje na tematy różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje na tematy różne. Pokaż wszystkie posty

11 października 2014

O zaletach nowej pracy..........i o wadach też :)

Minął pierwszy miesiąc ( z ogonkiem) mojej nowej pracy, więc czas na małe resume.
Po pierwsze - mam zdecydowanie więcej ruchu :) Wcześniej wsadzałam tylny aspekt osobowości w samochód i wio, a teraz muszę dojść spory kawałek do tramwaju, więc mam okazję pomyśleć po drodze, popatrzeć na świat, popodziwiać takie obrazki jak ten (zdjecie robione telefonem wczoraj), wyciszyć się.



Po drugie - praca jest ciekawa, poznaję nowych ludzi, uczę się wielu nowych rzeczy, a to zawsze lubiłam. Normalnie jestem jak gwiazda rocka w trasie koncertowej, każdego dnia w innym mieście, wczoraj przy podpisywaniu dokumentów usiłowałam sobie przypomnieć, dokąd pojechałam rano :)

Po trzecie - kończę pracę o 16.00. Naprawdę kończę. Nie przynoszę sterty papierów do domu, nie siedzę po nocach, bo trzeba napisać, sprawdzić, przygotować na następny dzień. Mam wolne popołudnia i wieczory, wieć wyżywam się domowo - mam czas na sprzatanie, pranie, gotowanie i ogród. Jak człowiek głupi, to zawsze znajdzie sobie coś do roboty.

Po czwarte - pracuję z normalnymi ludźmi, nie boję się pytać, kiedy czegoś nie wiem, kiedy zrobię błąd, konsultuję bez obaw, by wiedzieć, jak powinno być. Nie dostaję smsów o 23.00 od szefa, że czegoś nie zrobiłam, kiedy zrobiłam, a tak było w poprzedniej pracy...

Po piąte - pracuję we własnym tempie, nikt mi nie stoi nad głową, z obowiązków się wywiązuję należycie i to wystarczy. Poprzednie szefostwo, wychodząc z założenia, że skoro robię dobrze, to można mi dowalić obowiązki tych, którzy robią jedynie dobre wrażenie (albo z gabinetu szefowej nie wychodzą), zwalało mi na głowę mnóstwo zajęć, no bo skoro robię dobrze i terminowo, to można mi dołożyć jeszcze.

Po szóste - mam własny pokój, słoneczny, ciepły, przytulny, na trzecim piętrze - luksus.

Po siódme - wstaję rano z przyjemnością ( chyba się to zmieni, gdy przyjdą deszcze :), a potem ciemność i mrozy).

Po ósme - zarabiam tyle samo :)

W tej beczce miodu jest i łyżka dziegciu - wracam do domu zmęczona, bo praca do lekkich nie należy. Ale mam na regenerację cały wieczór, weekendy. Nie pamietam już, kiedy mogłam wieczorem usadowić się wygodnie na łózku z laptopem i ogladać "Sex w wielkim mieście" bez wyrzutów sumienia, że coś muszę natychmiast.


Pozdrawiam ciepło,



30 września 2014

Złota polska...

Od kilku dni jesień pokazuje swoją najpięlniejszą buzię. Kiedy kilka lat temu sadziłam wiciokrzewy i winobluszcze, wszyscy znacząco pukali się w czoło, bo trudno było przypuszczać, że z tych patyków wyrosną wielokolorowe , mieniące się w słońcu pnącza. Skutecznie walczy z nimi moja ulubiona sąsiadka, a to podsypując sól, a to częstując herbicydami, a one nic - jak rosły, tak rosną. Więc jesienią na płocie mam tak:



Dojrzewają winogrona, kwiaty róż zmieniają się w czerwone kulki, jabłka mają wspaniały smak i zapach.





Nowa praca wessała mnie mocno i nie chce puścić. Niewiele mam czasu dla domu, a dla siebie - wcale. Kiedy wracam, wiadomo - obiad, ogród, kiedy ciepło, jakieś porządki - tydzień temu zaczęłam wymianę garderoby z letniej na jesienno - zimową i rozbebeszyłam wszystko dokumentnie. Ostatnio usnęłam z książką w ręku - nie zdarzyło mi się to od bardzo dawna. Praca z gatunku trochę jeżdżących, więc poznaję na nowo nasze województwo, ostatnio, jadąc służbowo, śpiewałam z Bono na całe gardło. I dobrze mi z tym, co dzień coś nowego, pokój do pracy na ostatnim piętrze, nikt mi nie skwierczy ani nie przysyła naglących smsów. Odkryłam na nowo, jak świetnie jest się znowu uczyć czegoś nowego :)

Pozdrawiam ciepło
Zarobiona po kokardę, ale zadowolona


2 czerwca 2014

O tempora o mores

Zawsze kiedy tracę wiarę w ludzi (co zdarza się raz na jakiś czas), sięgam do "Miłości w czasach zarazy" - a ponieważ świat jaki jest, każdy widzi, znam tę książkę prawie na pamięć do tego stopnia, że wiem, co za chwilę jaka postać powie i mówię sobie cichutko razem z nią. Uwielbiam niespieszną narrację Marqueza i język tej powieści, liryczny, plastyczny, piękny po prostu. Zawsze podczas lektury odczuwam zazdrość - przecież też znam te wszystkie słowa, ale na myśl mi nie przyszło - i nie przyjdzie, że można je tak połączyć. Historia tej miłości wiecznej, pełnej pasji i namiętności powoduje, że po lekturze przez kilka dni mówię trochę dziwnym językiem, a w domu spoglądają na mnie jak na kosmitę. Jako że mam wykształcenie humanistyczne, przez wiele lat mordowałam się, czytając tę książkę zupełnie spapraną przez nieudolną korektę - przecinki w przedziwnych miejscach, stawiane chyba na wyczucie, w zupełnej sprzeczności z regułami - dziw, że taką niedoróbkę wydało szanujące się wydawnictwo. Od kilku dni mam inne wydanie i rozkoszuję się płynnym, sensownym rytmem tekstu, czysta przyjemność, przez słowa się płynie, nie trzeba się przedzierać przez poszczególne zdania jak przez kolczaste krzaki. Ale nie o tym chciałam....
Przez dwa dni przebywali w naszym domu panowie wymieniający okna - w ubiegłym roku wymieniliśmy część, w tym roku resztę, jedno w tzw. salonie, gdzie stoją regały z książkami. Zaintrygowana szczerym śmiechem najmłodszego z fachowców, zajrzałam, ciekawa, co go tak rozbawiło. Okazało się, że śmiał się do rozpuku z  tytułu książki, którą znalazł na półce, ale nie potrafił powiedzieć, gdzie i o jaki tytuł chodzi. Próbowałam zlokalizować wspomniane tomiszcze chociażby po grubości albo kolorze okładki, ale gdzie tam...pan nie pamiętał nic a nic. Wyznał szczerze, że książki to go nudzą, a ostatnią przeczytał w ostatniej klasie gimnazjum - czyli już jakiś czas temu. Zaintrygowana ugorem w czystej postaci, zaczęłam wypytywać o tzw. uczestnictwo  w życiu kulturalnym miasta i przeżyłam wstrząs połączony z załamaniem nerwowym, bo okazało się, że chłopak na oko dwudziestokilkuletni ani razu w swoim życiu nie był w muzeum, nigdy nie odwiedził filharmonii, do kina chodzi na tzw. rąbankę typu "zabili go i uciekł", nigdy nie należał do żadnej biblioteki....nic...nic...zero. Świetny koncert Dawida Podsiadło - bezpłatny - zapamiętał, bo nawalił się wtedy "jak kot" (cytat). Zapytany o rozrywki po pracy, wymienił piwo z kolegami i pójście do klubu z dziewczyną. Z dumą wyznał, że partnerka ma głowę mocniejszą niż on i nieraz go do domu holowała.
Z tej ciekawej rozmowy wynika dla mnie jeden morał - nie nadążam za światem, nie rozumiem go i dobrze mi z tym. Nie będę się dostosowywać, wolę zostać w domu i poczytać przy pachnących peoniach.




Pozdrawiam ciepło
Ach, ten tytuł to "Listy z Rabarbaru" Redlińskiego - skomentowane jako telegram z kapusty, haha






6 stycznia 2014

Prozdrowotnie

Początek roku to dla mnie czas przeglądu --- nie samochodu, a siebie. Staję się wtedy namolnym pacjentem, żądającym skierowania na badania różne, w tym podstawowe - mammografię, cytologię, badania krwi i moczu, usg brzucha, RTG klatki piersiowej, badania w kierunku obecności krwi utajonej itd. Wcześniej nie przykładałam do tego takiej wagi, ale ponieważ jestem w wieku lekko pogwarancyjnym, badam się regularnie raz do roku. Trafiło mi do przekonania usłyszane gdzieś zdanie, że bardziej dbamy o stan techniczny swoich pojazdów niż o siebie, bo z samochodem regularnie jeździmy na przeglądy, a swoje podstawowe badania wykonujemy wtedy, kiedy nam coś dolega. Głęboko wierzę w to, że wcześnie wykryte choróbsko łatwiej i szybciej można wyleczyć niż schorzenie mocno zaawansowane. Dlatego, kiedy otwieram kartki nowego kalendarza, pierwsze, co wpisuję, to wizyty kontrolne na ten rok. Zachęcam do tego, niewiele kosztuje czasu i pieniędzy, a zapewnia spokój i pozwala się skupić na tym, co zaplanowaliśmy.


U nas wczesna wiosna albo późna jesień, mam nadzieję, że jak najdłużej...
Pozdrawiamy z Panem Kotem Wiosennym



18 października 2013

Pokochać jesień

nic innego mi nie pozostało


Na obrazku jesień wygląda zdecydowanie ładniej niż w rzeczywistości, w której trzeba wstać, kiedy za oknem jeszcze szaro, leje deszcz, zawodzi wiatr, parasolka wywija się w najmniej pożądanym momencie...
Robiłam dziś zakupy na ulubionym rynku - bogactwo kolorów i zapachów, sterty jabłek, winogron, papryki, śliwki, gruszki...przy przenikliwym zimnie, padającym z nieba kapuśniaczku, parasol trzymałam w zębach, pani wydawała mi resztę kompletnie przemoczonymi banknotami, które teraz suszą się na parapecie... Jak kochać jesień? 


Mogę ją lubić za chwile lenistwa bez wyrzutów sumienia, no bo skoro tak brzydko na zewnątrz, to chyba nie ma nic niewłaściwego w tym, że usiądę w fotelu z książką, porobię urodzinowy kocyk dla Martyny, wypiję niespiesznie kawę. Porządki w ogrodzie mogą jeszcze poczekać, zresztą ostatnio wystawiłam dziewięć worków liści, każdy worek 160 litrów. Siłownia zbędna.


Z jesieni lubię dwie rzeczy: wiatr i mgły. 
Jednych i drugich mamy obecnie pod dostatkiem.



Nastawiliśmy wino z własnych ogrodowych czarnych winogron. Wiadomo, że sok najlepiej wyciska się nie wyciskarką z tłokiem, a własnymi rękami, w związku z czym mój M. wygląda tak, jakby miał od łokci plamy opadowe, a ja mimochodem zrobiłam sobie na przedramieniu fantazyjny tatuaż - poprzedniego dnia podrapałam się do krwi, a wczoraj w tę rankę niechcący wtarłam fioletowy sok.
W planach mam zrobienie najpyszniejszego sernika świata, no bo skoro jesień, to trzeba się stosownie do okoliczności odżywiać :)
Pozdrawiam ciepło

5 sierpnia 2013

Lawendowo

suszą się pęczki lawendy w sypialni. Zapach taki, że wszystkie mole i komary uciekły, gdzie lawenda nie rośnie. Powkładałam woreczki z suszem do szafy, pachnie świeżością i ...mydłem lawendowym. Delikatny fiolet zawsze był moim ulubionym, zastanawiam się, dlaczego tak mało rzeczy mam w tym kolorze??? :)







Nie mogę oderwać się od kwadratów babuni, nie śpię po nocach, nie sprzątam, nie prasuję...a przybywa ich powolutku. Podziwiam dziewczyny, które śmigają szydełkiem, oglądając film. Na Alledrogo ceny narzut zaczynają się od 200 -300 zł, jeśli odliczyć koszt włóczki, a policzyć czas poświęcony na szydełkowanie, wychodzi wartość ujemna. Jedna z haftujących blogowiczek wyliczyła kiedyś realny koszt wyhaftowanego przez siebie obrazu - mulina, kanwa, czas - i wyszło jej, że gdyby chciała sprzedać to arcydzieło, musiałaby zażądać ponad 1000 zł, podczas gdy ceny takich cudeniek to zazwyczaj 100 - 200 zł. To znaczy, że sama miłość do robótek wystarczy? A jeśli ktoś chciałby się z tego utrzymać i do tego legalnie, tj. zapłacić wszystkie zusy, krusy, srusy, podatki, vaty, sraty? 
Niewykonalne...
Dlaczego u nas rękodzieło nie jest w cenie? Dlaczego zakochane w swoich pasjach dziewczyny nie mogą z nich godnie żyć? Wielkim smutkiem napełniła mnie swego czasu refleksja Zuzi Górskiej, która szyje przepiękne torby, że mimo że towar schodzi jak świeże bułeczki, to każdego 15, 20 i 25 kuli się ze strachu, czy będzie mogła zapłacić swoje zobowiązania, czy wystarczy jej na pensje, czy zostanie coś dla niej?

Za granicą rękodzieło ceni się bardzo wysoko - moja  przyjaciółka z pasją oddaje się haftowi artystycznemu, haftuje sztandary, ornaty, obrazy, ceruje zabytkowe ubrania i nie martwi się o nic. Tam każdy rozumie, ile czasu i starania poświęciła na wykonanie unikatowego dzieła i docenia to finansowo. Nikt nie oczekuje, że owoc swojej pracy odda za półdarmo, za to jest przeszczęśliwy, że ma takie cudo w domu. A u nas?





Wiem, że społeczeństwo biedne...ale mam też wrażenie, że nie ma u nas szacunku dla pracy...i tyle...
a Wy co sądzicie?
Pozdrawiam ciepło

10 kwietnia 2013

skalpel a wiosny ni ma i ni ma

Ponieważ zapasłam się tej zimy niemożebnie i skandalicznie, postanowiłam zrobić coś na wiosnę z boczkami, tyłkami i ogólnie nadmiarem. Od dwóch tygodni ćwiczę w domu Skalpel I Ewy Chodakowskiej, który można znaleźć w internecie , np TU. Jako że jestem osoba zawziętą, ale w wieku mocno postbalzakowskim, postanowiłam ćwiczenia robić wszystkie, ale w swoim tempie i tyle powtórzeń, ile będę mogła. Sama autorka zapewnia, że po wykonaniu Skalpela poczujemy uderzenie endorfin niebywałe, co ma zachęcać do regularnych ćwiczeń. Ja żadnego uderzenia po pierwszym razie nie doświadczyłam, leżałam za to w kałuży potu i z niedowierzaniem kręciłam głową - jak to możliwe, przecież zawsze byłam sprawna, lubiłam ruch, a tu - zasapana, upocona dobrnęłam wprawdzie do końca , ale zamiast endorfin miałam w perspektywie  natychmiastowe zejście :(
Jako żem istota uparta, zrobiłam jeden dzień przerwy i od nowa...
Drugi raz poszedł zdecydowanie lepiej niż pierwszy, ćwiczenia zrobiłam wszystkie (no może oprócz kręcenia kółek nogą) i w tempie - czułam się świetnie, oddech lepszy, posiłkowałam się wodą i mimo bólu w mięśniach, np przekonałam się, ze mam wewnętrzne mięśnie ud, dobrnęłam szczęśliwie do końca.
Stan obecny: jadę Skalpelem regularnie od ponad dwóch tygodni i nie mogę się doczekać powrotu do domu z pracy, by poćwiczyć - czuję się świetnie, dumna jestem z siebie niesłychanie, bez stosowania jakiejkolwiek diety  - wręcz przeciwnie nawet - schudłam 3 kg i generalnie zapał mam do wszystkiego. Dlatego nie mogę doczekać się wiosny, by ruszyć z łopatą i grabiami do ogrodu...a tu szaro, ponuro, dzisiaj padał śnieg z deszczem :( echh...
Zrobiłam zdjęcia sylwetki przed rozpoczęciem ćwiczeń, ale nie będę Was epatować czymś takim, chcę porównać przed i po - generalnie zachęcam bardzo, niezależnie od wieku. Z rozpędu kupiłam książkę Ewy Chodakowskiej, ale jeszcze nie miałam czasu do niej zerknąć, bo u nas kwiecień to sezon mocno imprezowy: urodziny męża, córki i syna
Piekę więc, przygotowuję, gotuję, jem i ....chudnę


Rogaliki z makiem oczywiście z bloga Moje wypieki



Tak dwa dni temu wyglądał nasz ogród od ulicy


Qrka potraktowała śnieg grabiami, ja musiałabym chyba spychaczem :(

Popełniłam woreczek, ale wyszedł koślawy, więc tylko fragment - następny dopracuję :)



Czarny len, wyszywanka, koronka i koraliki

W oczekiwaniu na prawdziwą wiosnę pozdrawiam ciepło


20 marca 2013

Jak długo można czekać na wiosnę?

Wczoraj było tak


Dzisiaj jest tak


na tarasie do bani


w dodatku:
odpadło mi dno od donicy na tarasie
spaliłam silnik od wycieraczek, bo nie chciało mi się wysiąść z samochodu, by zrzucić z szyby bryłę lodu - przymarznięta nie dała się ruszyć i szlag wycieraczki trafił
śmierdziało tak, jak nie przymierzając podczas robienia ażurowych pisanek przez Snow - myślałam, że do pracy nie dojadę, taki był zapach
poruszam się w związku z powyższym komunikacją miejską i zapach wcale nie jest lepszy
dzisiaj niewiele brakowało do mojego zejścia śmiertelnego, bo widząc autobus na horyzoncie, postanowiłam pobiec - kondycji zero
kapiący śnieg wali w nowe, jak się okazało nad wyraz akustyczne parapety, więc spać po nocach nie mogę
wyzywam więc tę cholerę zimę od najgorszych...niech idzie w diabły!

6 marca 2013

O kłopocie niewielkim

Miniony tydzień przeleciał jak z bicza strzelił...
Okazało się, że w swej niewysłowionej łaskawości ( a tak naprawdę przez niekompetencję i nieumiejętność pisania ze zrozumieniem) Urząd  - jak u Brezy - postanowił mojej instytucji nie zamykać, mimo że w zasadzie wszystko było dopięte na ostatni guzik. Odłożył tę czynność na rok następny, a że w następnym są wybory samorządowe, to wiele się może zdarzyć. Sama nie wiem, czy śmiać się, czy płakać...bo że szanowny Urząd strzelił sobie w stopę, to pewne, ale ogrom bylejakości i nieudacznictwa tych ludzi przerósł moje najśmielsze wyobrażenia...
Zastanawiam się, jakie byłyby konsekwencje, gdybym ja popełniła podobny błąd formalno-prawny? Wylaliby mnie z pracy na zbity pysk, żadnych referencji, odprawy, nic. Urzędnicy odpowiedzialni za całe to zamieszanie dostali naganę i to wszystko...ha, ha, ha...nawet premie dostali bez wyjątku... Co nie zmienia faktu, że jak już zaczęłam myśleć nad zmianą pracy, to przestać nie mogę :)
Z ostatniej chwili - mamy wiosnę :)) 
Dowód rzeczowy nr 1:



Dowód rzeczowy nr 2:


Dowód rzeczowy nr 3:



Do domu zakupiłam:


A kłopocik niewielki?
Mam okno balkonowe wychodzące na ulicę i żadnego pomysłu, jak je tkaniną przyozdobić. Dysponuję pięknymi kołkowymi firankami robionymi przez moją babcię, ale jak je upiąć?? Mogę też coś uszyć!!
Problem polega na tym, że z lewej strony nie powinno nic dyndać, bo tam są schody na parter i ewentualna zasłona do ziemi majtałaby wchodzącym po oczach. Przejrzałam stosy czasopism, a pomysłu nie mam. Pomóżcie - jak można to okno zaaranżować?? Czekam z niecierpliwością na wszelkie sugestie :)


Zamówiliśmy już obłożenie parapetów i wnęk okiennych w drewnie - ciemnym. Co dalej?
Pozdrawiam ciepło i wiosennie, u nas dziś prawie 15 stopni w słońcu

21 lutego 2013

O potrzebie sprzątania...raz na jakiś czas

Wymiana okien, jaką przeżyliśmy ostatnio, pociągnęła za sobą konieczność gruntownego posprzątania całego domu. Wiadomo, kurzy strasznie i nawet dokładne zafoliowanie całości nie chroni przed wszędobylskim pyłem. Ponieważ przewidująco zleciłam remont w swoim czasie urlopowym, mam za swoje :) mąż z dzieckiem rączo ruszyli do swoich obowiązków, a ja zostałam z koniecznością posprzątania wszystkiego. Trwało to i trwało, bo przy okazji postanowiłam odbębnić porządki wiosenne :)) Jak już muszę odsunąć i wyczyścić każdy mebel, to nie będę się spieszyć. Powyrzucałam mnóstwo śmieci (durny człowiek gromadzi wszystko, bo kiedyś się przyda), pochowałam większość durnostojek i zrobiło się jakoś czyściej, ascetyczniej. Najwięcej czasu zabrało mi sprzątanie sypialni, która jednocześnie jest moim pokojem do pracy. Bardzo ją lubię i z kilku kurzołapów po prostu nie mogłam zrezygnować.


Piękne ozdoby wykonane przez Elę z "Czary-mary z materiału"


Moja ostatnia zdobycz - piękna lampa naftowa


Mała zmiana na półeczce - przysiadły tam ptaszki z Almi Decor


Niezmiennie stosy książek przy łóżku


Niezmiennie haft terapeutyczny :))

Nie za bardzo wiem, co zrobić z dużym balkonowym oknem - jakie firany, zasłony, w jakim kształcie...bo reszta nowych okien już obmyślona. Mąż i syn chcą okna gołe, tylko z roletami, co z bólem serca muszę zaakceptować. Na sypialnię mam pomysł, a na frontowe balkonowe żadnego. Pomożecie? Doradzicie? W następnym poście zamieszczę zdjęcia, by było wiadomo, w czym problem.
Pozdrawiam ciepło

12 lutego 2013

O tym, jak czasami bywa ciężko i o lekarstwie na całe zło

Ostatnie dwa tygodnie to zły czas. Rada Miejska postanowiła zlikwidować instytucję, w której pracuję od ukończenia studiów...starą, poczciwą, chociaż czasem szalenie denerwującą, to przecież jednak jak drugi dom. Na to miejsce ma powstać dziwna hybryda, twór łączący dwa różne światy nie do zlepienia tak naprawdę. I cóż, czas zadać sobie pytanie, czy będzie w tej nowej pracy miejsce dla mnie i ważniejsze...czy ja chcę w niej pracować? 
Może to dobry moment, by pożegnać się z wszystkimi dobrymi wspomnieniami i sentymentami?
Tak naprawdę jestem ostatnim czasem wykończona. Miałam możliwość uczestniczyć w rozmowach z przedstawicielami władz miejskich i stopień mojego obrzydzenia dla niekompetencji i arogancji tych ludzi wzrastał każdego dnia. Przekonanie, że władza deprawuje, czyni obojętnym na sprawy ludzi i głuchym na argumenty, potwierdziło się w całej rozciągłości - dominuje nielojalność, przywiązanie do stołka ("Mój mąż z zawodu jest dyrektorem"), no i gęba pełna frazesów. Nie mam złudzeń - to, że u władzy w moim mieście są przedstawiciele określonej partii, a przeciw zamknięciu mojej instytucji protestowała opozycja, nie ma żadnego znaczenia. Gładkie słowa pana prezydenta jednego dnia i walenie pięścią w stół następnego - nie mogłam zrozumieć, jak można łamać wcześniejsze ustalenia, wywracać kota ogonem, kłamać w oczy...
Naiwnie wierzę, że dane słowo droższe pieniędzy - na pewno nie nadaję się do polityki :)
Ogromną podporą w tym czasie była moja rodzina, bo znajomi już niekoniecznie. Część, gdy dzwoniłam z prośbą o radę czy konsultacje, po prostu nie oddzwaniała :( albo zbywała mnie byle czym), część nie chciała się w ogóle angażować, bo przecież ich to nie dotyczy (a dotyczy). Czasem potrzebowałam tylko pogadać, wylać cały żal i opowiedzieć, jakie to wszystko chore - dziękuję S. za cierpliwość.
Emocje opadły, decyzje zapadły, siedzę w domu i zastanawiam się nad wszystkim. Do decyzji, co dalej, muszę dojrzeć sama.
A dzisiaj - pierwszy raz od wielu dni zaświeciło słońce, zaczęłam nowy haft, w piekarniku siedzi przepyszne ciasto - życie toczy się dalej. Ptaki śpiewają jak oszalałe. Niedługo będzie można pójść popracować do ogrodu :)





Jutro przyjeżdżają panowie wymieniać okna - żegnam stare, piękne, skrzynkowe, chociaż już zupełnie nieszczelne - witaj nowoczesności!



Pozdrawiam ciepło, Polinne

17 stycznia 2013

Rudy rydz, ruda wiewióra i Rudy 102

Zimowo za oknem, jak w czarnej.....
Nie będę utyskiwać tym razem, wydałam wojnę zimnu, ciemności i szarości.
Kupiłam wełnę w kolorze ostro rudym, będzie z niej szalik idealnie pasujący do mojej czapki. Nie lubię jej nosić, ale jeżeli mam do wyboru albo być ślicznie zaróżowioną na mrozie i mieć zapalenie zatok, albo wyglądać jak wiecznie ulizana lama, ale być na chodzie niechorobowym, wybieram to drugie, bo jeszcze bardziej niż nosić czapkę nie lubię chorować. 
Siedzę i dłubię długi, ciepluśny komin.


Do tego dostałam torbę,
 też rudą


Wygląda na to, że cała będę zarudziała, bo i płaszcz mam rudy.
Jakiś czas temu podjęłam decyzję o zaprzestaniu malowania włosów, więc powoli wracam do swojego naturalnego koloru - okazuje się, ze to czynność szalenie denerwująca, bo wyglądam jak podpalany doberman z siwiejącym pyskiem.
W każdym razie włos mam obecnie sól z pieprzem z wyraźną przewagą soli. Kiedy zamiast słonecznego blondu dodam do tego rudego szary melanż, będę wyglądać jak rosyjska smuta :( Niech! 
Tyle już razy korciło mnie, żeby u fryzjera powiedzieć - maluj pan, a wartko! Wytrzymałam dzielnie, jeszcze trochę przede mną.
Pozdrawiam ciepło jak Marusia Oganiok :)

5 grudnia 2012

O potrzebie relaksu

Na wielu blogach widać, że przygotowania do świąt ruszyły pełną parą. Dziewczyny pokazują rzeczy tak cudne, że aż oczy się śmieją i człowiek (czyli ja) marzy o tym, że może w wolnej chwili wykona coś w podobie...ale rzeczywistość skrzeczy :( Jako klasa pracująca miast i wsi wracam do domu późno, trzeba ogarnąć dom, ugotować, często pracę przynoszę do domu...i tak mijają te dni. Na dzień dzisiejszy plaża...Prezenty zaczęłam kupować jeszcze w październiku, na wigilię w tym roku jesteśmy zaproszeni (inna rzecz, że wigilia składkowa, tzn. zadania jedzeniowe rozdzielono według zasług i umiejętności, więc robię rzeczy najbardziej pracochłonne :)). Marzę o świętach upływających na błogim poczuciu, że NIC nie muszę, ale obawiam się, że tak łatwo nie będzie. Cichcem postanowiłam: żadnych kotłów żarcia, szaleństwa zakupów, proszonych obiadów, które przeciągają się do śniadania...i z tym może być problem, bo rodzina oczekuje, że będzie tradycyjnie, czyli ja w kuchni galopem, sprzątanie w międzyczasie, potem biesiada do wypęku, potem zmywania stos, potem wyrzucanie tego, co już nikt nie był w stanie w siebie wmusić... 
Marzę, by wyjechać, spędzić święta w góralskiej chacie, ponapawać się pięknem wigilijnego wieczoru, wyjść na pasterkę o północy wiedząc, że następnego dnia nie muszę wstać bladym świtem, by ze wszystkim zdążyć...
Więc w ramach protestu wyszywam klateczkę :))) 


Polubiłam ostatnio haft monochromatyczny, jest łatwy i szybko się wyszywa. Skarbnicą wzorów jest blog tu klik, dziewczyna robi piękne rzeczy

Więc wieczorem, kiedy spokój, siadam, włączam muzykę i wyszywam - stres odpływa, mam czas pomyśleć, uspokoić się przed następnym dniem pełnym obowiązków

W kolejce czeka obrazek świąteczny:


Jak dajecie radę z tym wszystkim? Jak ogarniacie całość i macie czas na własne pasje, na robienie rzeczy ulubionych? 

Zasmucona
Pozdrawiam ciepło