Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzyniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzyniec. Pokaż wszystkie posty

28 sierpnia 2014

Jesień wisi w powietrzu

a w zasadzie stoi już na parapecie w postaci wrzosów.


Kupiłam dzisiaj i jakoś smutno, że lato odchodzi



Martwię się też o kotkę, którą dokarmiam, nie chce wchodzić do domu, a noce coraz zimniejsze, dzika jeszcze......... i tak okazała zaufanie, przyprowadzając potomstwo, słodki ten kociak


mama, jak to mama - tuli, karmi, ogrzewa



co z nimi będzie dalej? Wymościłam ręcznikami i kocami duży karton w szopie ogrodowej, zostawiam na noc otwarte drzwi, może tam bedą ? Nie chcą wejść do domu, a przecież chętnie przygarnę :)



Z nowości: dostałam tę pracę :) Zaczynam od poniedziałku ze strachem i na ugietych nogach. Powtarzam sobie, że dam radę :)
Pozdrawiam ciepło

9 kwietnia 2014

Wiosennie, burzowo i pracowicie

Jako że pogoda piękna ( nie pamiętam tak ciepłej wczesnej wiosny) ruszyłam w teren. Po zimie ogród przedstawia się jak obraz nędzy i rozpaczy, już wywiozłam 10 worków śmiecia wszelakiego, a zrobiona dopiero połowa.Od kiedy nastały cieplejsze dni, nie mogę doczekać się końca pracy, pędem wracam do domu i rzucam się natychmiast na front ogrodowy. Posadziłam begonie i stokrotki, do donic wsadziłam bratki, ale generalnie jeszcze łyso, drzewa dopiero zaczynają kwitnąć. Na domiar złego mam nawał obowiązków zawodowych i trudno pogodzić jedno z drugim, a nawet trzecim, bo jak zwykle głupio dałam się wmanewrować w zapraszanie gości na święta. 
Wczorajsza pierwsza wiosenna burza - była bardzo potrzebna, bo w ogrodzie sucho niemiłosiernie.




Dzisiaj dla odmiany jest tak zimno, że nie sposób pracować w ogrodzie, wczoraj 21 stopni, dziś 7. Rodzina mówi na mnie już tyranogrodozaur, bo każdą wolną chwilę poświęcam na kopanie w ziemi. 

Nagroda wczorajsza: piękna, podwójna tęcza



Od kilku dni mam codziennie takiego gościa - trochę bezceremonialny


Kiedy odszedł Pan Kot, nadal wsypywałam karmę do miseczek w nadziei, że może odszedł na trochę...
Okazało się, że rychło znalazł się amator na jedzenie - kolejny bezpański i zabiedzony. Na razie się poznajemy...
Pozdrawiam ciepło

Polinne

16 marca 2014

Pan Kot Bezogonek

Nie będzie już zdjęć Kota :(
odszedł do kociego nieba, gdzie zawsze miseczka pełna i łąki tylko do zabawy, gdzie można się bez końca wygrzewać w promieniach słońca
Pozdrawiam 

2 grudnia 2012

O planowaniu i co z tego wyszło

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy jestem osobą zorganizowaną, planującą z wyprzedzeniem i obowiązkową, zapewne odpowiedziałabym twierdząco. Lubię wiedzieć, co i kiedy, kalendarz z wpisanymi terminami mam zapełniony drobnym maczkiem. I co z tego?
Ostatni miesiąc udowodnił, że chcieć to jedno, a móc to drugie. Organizm powiedział stop i zastrajkował tak skutecznie, że musiałam się zastanowić, czego robię za dużo, a czego za mało. Konsekwencje tego protestu odczuwam do dziś ja i mój portfel :), bo służba zdrowia bezpłatna jest tylko z nazwy. Dość powiedzieć, że kiedy zapaliły mi się spojówki z rogówkami i uzbrojona w ostatnie RMUA ruszyłam w kurs po okulistach, po raz kolejny przekonałam się, że prędzej można paść trupem (ocznym) u drzwi gabinetu, na którym zachęcająco widnieje napis NFZ niż otrzymać jakiekolwiek poratowanie. Oczami zajęła się moja pani doktor, u której bywamy z synem od lat - przyjęła mnie natychmiast, przebadała oczy na wszystkie możliwe sposoby, przepisała krople i maść, dodała tabletki, wypowiedziała się w mocnych słowach na temat konowała, który leczył mnie  z zapalonych oskrzeli tabletkami do ciućkania - zadzwoniła do kolegi pneumatologa, bo nie podobał jej się mój kaszel i świsty przy oddychaniu i tego samego wieczora, zaopatrzona w stosowne recepty, udałam się do apteki - całość z dwiema wizytami - 420,00. Nie piszę tego po to, by stwierdzić to, co wszyscy wiedzą - że leczenie kosztuje. Pytam tylko, dlaczego i na co co miesiąc pobiera się ode mnie niemały haracz na służbę zdrowia, a jak potrzebuję, to muszę płacić jeszcze raz? A jeśli ktoś nie ma?
Dość powiedzieć, że moje listopadowe projekty wzięły w łeb w myśl powiedzenia, że jak człowiek chce Pana Boga rozbawić, to niech sobie coś zaplanuje. Dopiero w piątek wysłałam do dziewczyn po cegle, ale na szczęście materiały budowlane doszły nienaruszone...
Jedyną jednostką, która w tym miesiącu żyła według swojego planu jeść - spać, jest Pan Kot :)




W zasadzie pozycja niezmienna :))
Ponieważ leżenie i odgniatanie sobie boków spowodowało u mnie niechęć do odpoczywania w jakiejkolwiek formie, ruszyłam ze sprzątaniem przedświątecznym :) na pierwszy ogień poszła kuchnia, wywaliłam tonę przeterminowanych przypraw, słoiczków, pomyłam szafki. Jutro cd.
Pozdrawiam ciepło

19 sierpnia 2011

o kotku bezogonku

Mój kot bezogonek
W pełnej krasie (tzn. niechcący ucięłam mu kawałek głowy)
kot nie kupuje whiskas - za to przynosi nam na taras myszy i nornice, domagając się aplauzu dla swoich myśliwskich wyczynów.
Historia kota bez ogona: dwa lata temu podczas strasznych upałów znalazłam na górnym tarasie zdychające zwierzę, kota, który nie miał już siły wstać. Przyniosłam mu na spodku wody, wypił, ale zaraz potem uciekł na rosnące obok drzewo. Następnego dnia znów leżał na tarasie, na dźwięk otwieranych drzwi zwiał na gałąź, patrzył tylko, jak stawiam kolejny spodek z piciem. Ponieważ raz w tygodniu kupowałam karmę dla psa, poprosiłam o trochę kociego żarcia i wieczorem postawiłam miseczkę na tarasie - rano była pusta. I tak całe lato - dziki kot po przejściach, zwiewający na najmniejszy szelest, jadł i pił, kiedy nikogo nie było w pobliżu, a my mogliśmy mu się przypatrywać z daleka. Pewnego dnia pojawił się na dolnym tarasie - sukces! - ale na wszelkie próby zbliżenia się do niego reagował paniką. Grzecznie zjadał, po czym nawiązywał znajomość z bardzo daleka. Nie było mowy o tym, żeby wszedł do domu albo dał się pogłaskać. Przyszła jesień, potem zima, a kot przychodził codziennie jak do stołówki pracowniczej z abonamentem. Przyznam, że zaczęłam mu kupować lepszą karmę, czasami saszetki z mięsem, trochę witamin i smakołyków, dorobił się też sporej kolekcji kolorowych miseczek, ale posłanie przeznaczone dla niego cały czas stało puste. Pies reagował na niego zdziwieniem, bo kot przyjął najlepszą z możliwych taktyk, na jego widok po prostu zamierał i Ajax głupiał - kot, a nie ucieka...Zimą zasypało taras solidnie, a o wizytach kota świadczyły tylko ślady na śniegu. Nie wiedząc, gdzie nocuje, zostawialiśmy uchylone okna w szopie i piwnicy, zanieśliśmy tam jakieś stare koce i ręczniki. Przyszły mrozy. Któregoś dnia kot pojawił się jak zwykle na śniadanie, otworzyłam tarasowe drzwi, by wsypać karmę   i stał się cud - kot wszedł do domu, na nogach ugiętych ze strachu i z brzuchem przy ziemi. Został na całą zimę. Okazało się, że potrafi korzystać z kuwety, śpi na kanapie albo na fotelu (początkowo uciekał, gdy ktoś wchodził, teraz nawet nie podnosi głowy), przytył i ogólnie ma się dobrze. Nadal nie pozwalał się jednak do siebie zbliżyć, a z wiosną ruszył w teren, wracając jednak codziennie na jedzenie. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy przyszedł do mnie sam i zaczął się ocierać o moją nogę, a potem dał się delikatnie pogłaskać.
Stan obecny: rozpuszczony jak dziadowski bicz:), domownik z tendencją do ciągłego znikania, gdy jest ciepło; nie ma imienia - mówimy na niego Kot albo Mruczuś Pospolity.
Pozdrawiam ciepło

22 marca 2011

dom bez zwierząt

to nie dom. Pusto, cicho, nikt nie stoi w progu, gdy wracam, nie słychać łap pędzących po schodach; wyniosłam psie miski, zabawki, posłanie. Na miejscu, gdzie spał, postawię kwiat w doniczce, teraz mogę, bo wcześniej Ajax wyżerał liście. To już tydzień, jak go nie ma. Został nam kot, bezdomna przybłęda bez ogona i po przejściach, którego z wielkim trudem oswoiliśmy do tego stopnia, że pomieszkuje w domu, nocuje, ma swoje miseczki i drapak. Ale to historia na inne opowiadanie...
Bardzo tęsknię za moim psem, czasem idę do samochodu, gdzie jeszcze unosi się jego zapach, i siedzę sobie. Wiem, że z czasem będzie mniej bolało, ale teraz po prostu boli.

16 marca 2011

Ajax

Wczoraj odszedł mój najwierniejszy przyjaciel, pies. Odszedł w naszej obecności, do końca dzielny i pokorny wobec cierpienia. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie kolej na mnie, po drugiej stronie przywita mnie mój pies.

7 marca 2011

jest nadzieja

Nareszcie nastąpiło przełamanie, Ajax nadal słabiutki, ale je, pije, a co najważniejsze - śpi. Po trzech dniach stania i chodzenia po domu pies padł, po czym przespał dobę. W piątek wstał, wyszedł na krótki spacer i obwieścił nam, ze wrócił z tamtego, podobno lepszego świata. Wyniki krwi też drgnęły - czerwone bez zmian, ale białych mniej; stan zapalny w ranie pooperacyjnej jednak wciąż jest potężny, dlatego codziennie jeździmy na zastrzyki. Rana się sączy, może będzie potrzebne czyszczenie., ale przeszliśmy już tyle, że teraz nie poddamy się łatwo. Ponieważ było jak było, wszystko podporządkowaliśmy jego wyleczeniu. Dopiero wczoraj jako tako ogarnęłam dom i po raz pierwszy od tygodnia wzięłam do ręki książkę. Powoli wszystko wraca do normalności:) A ja sama jestem spokojniejsza.

3 marca 2011

czekanie wypełnione nadzieją

zamiast pisać o wyszywankach, meblach...piszę o swoim wiernym przyjacielu psie. Nic innego w tej chwili nie ma znaczenia. Kolejne wizyty w klinice, kolejne kroplówki, zastrzyki z antybiotykiem, witaminy...cierpliwość, z jaką mój pies znosi cierpienie, jest niewiarygodna. Jego spojrzenie pełne zaufania...A wyniki krwi złe - 45 tysięcy białych, tylko 3,5 mln czerwonych. To tak, jakby białe zabijały czerwone, może rozsiew usuniętego guza? Może będzie potrzebna kolejna transfuzja? Ajax na całym brzuszku ma krwiaki i obrzęki, ze zrośniętych żył nie chce nawet lecieć krew.
Nie wiem, czy ratując mu życie za cenę takiego bólu nie postępuję egoistycznie. Oczy mojego psa mówią coś do mnie, ale nie potrafię tego odczytać, mimo że patrzy na mnie cały czas. Czy chce żyć? Czy prosi o brak cierpienia? Jestem przy nim cały czas, ale czasami nie mogę znieść bólu w jego ślepiach. Teraz śpi, wreszcie...
Jest tak zmęczony, że zasypia na stojąco, ale lęk przed bólem z rany nie pozwala mu się położyć.

2 marca 2011

kryzys...

Gorzej dzisiaj, niestety. Po wczorajszej euforii ani śladu - pies nie je, nie pije, zwymiotował. Kroplówka niewiele dała i na krótko. Ajax wyraźnie cierpi. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ratując go operacją, po której ma cały brzuch pocięty na kawałki. Stoi, niechętnie siada, kładzie się z bólem. Czekamy...

1 marca 2011

jeszcze raz Ajax...












Tak wyglądał jeszcze niedawno, jesienią.
Teraz czeka go walka o wyzdrowienie. Już jest lepiej:)
Wszyscy, którzy mają zwierzęta, wiedzą, co się czuje, gdy choruje pies, kot...Niełatwo się rozstać z przyjacielem niezawodnym i wiernym. Mam nadzieję, że godząc się na ciężką operację nie zrobiłam mu krzywdy, że cierpienie, jakie jest teraz jego udziałem, zaowocuje następnymi latami pełnymi psiej radości.
A o robótkach w następnych postach...:)

zdrowieje powoli:)

28 lutego 2011

psie cierpienie...

Pisałam niedawno o chorobie mojego psa. Okazała się poważniejsza niż sądziłam - mimo kolejnych kroplówek widać było się, że z dawnego psiego dynamitu nie zastało wiele, a zwierzę blednie i słabnie w oczach. Przytomności umysłu młodziutkiej lekarki weterynarii zawdzięczam jego życie - nakłuła mu brzuch po wcześniejszym USG, a tam krew...Szef kliniki ściągany na cito, błyskawiczna operacja...okazało się, że pękł guz na nerce, usunięto ją natychmiast. Dziś przywiozłam Ajaxa do domu, słabiutki jak szczenię, ale dzielnie znosi ból i pooperacyjną ranę. Najważniejsze będą dwie następne doby; codziennie wizyta w klinice, kroplówki i kontrola. Wspaniali, pełni poświęcenia i miłości weterynarze...ta młoda dziewczyna siedziała przy nim całą noc, szef dzwonił co kilka godzin i sprawdzał stan psa...mimo że wczoraj była niedziela...

23 lutego 2011

o moim psie...

który miał infekcję gardła, wszystko było już dobrze, a tu dzisiaj...źle.
Nie chce jeść, ma kłopoty z chodzeniem, nie może wejść na ulubiony fotel. Patrzy na mnie swoimi mądrymi oczami, prosząc o bliskość i pomoc, przepraszając, że nie chce swojej ulubionej porannej bułeczki. Telefon do weterynarza, który leczył go do tej pory zawsze skutecznie i z sercem - obserwować, zadzwonić wieczorem, może będą potrzebne dodatkowe badania, rentgen, krew...Wiem, że mój pies kiedyś odejdzie, ale jeszcze nie teraz...Ma już jedenaście lat, to dużo jak na boksera, ale dla mnie to wciąż tamten kochany szczeniak, którego kupiliśmy od człowieka uważającego, że zwierzę powinno się traktować z buta, wtedy będzie posłuszne. A mój pies jest najbardziej kochanym stworzeniem na świecie...